fbpx

O Skok od Leku 2 – Relacja Tomka

18 września 2017 Podniebna Drużyna SMA

O Skok od Leku 2 – Relacja Tomka

Przejechać 500 km, żeby skoczyć ze spadochronem. Szalone? Być może, ale rzadko w życiu mam sposobność połączenie dwóch fundamentalnych spraw: marzenia i dobrego uczynku. Tak właśnie było z wyjazdem do Gliwic. Ale po kolei.

Znacie już z moich wpisów Podniebną Drużynę Fundacji SMA. Tworzymy ją my, chorzy na SMA oraz osoby zdrowe, które pomagają nam w realizacji wszystkich pomysłów. Rok temu Podniebna po raz pierwszy zorganizowała akcję „O skok od leku”. W tym roku była druga edycja tegoż wydarzenia. O co w tym wszystkim chodzi? Odpowiedź jest tyleż prosta, co i skomplikowana.

My, osoby chore na SMA i wspierający nas zdrowi bliscy, przyjaciele czy znajomi postanowiliśmy udowodnić, że paskudna choroba, która każdego dnia garściami zabiera siłę naszym mięśniom (również tym odpowiedzialnym za oddychanie) nie może odbierać nam marzeń. I nie odbierze, czego przykład można było zobaczyć właśnie w Gliwicach. Przy okazji mieliśmy możliwość zwrócenia uwagi na to, że istniejemy i że potrzebujemy dostępu do leku na tę naszą paskudną chorobę.

Na Śląsku pojawiliśmy się w wieczór poprzedzający akcję. Dzięki wielkiej uprzejmości Agi i Uli Filipkowskich, które przygarnęły nas pod swój dach, mogliśmy odpocząć po długiej podróży i wyspać się przed skokami. W moim wypadku z tym drugim było raczej kiepsko. Stres zrobił swoje. Tym bardziej, że od sobotniego poranka towarzyszyła nam ekipa TVP, która kręciła materiał o naszych skokach.

W każdym bądź razie w sobotę 9 września o godz. 9 rano stawiliśmy się na Strefie Silesia. Pierwszy raz w życiu znalazłem się w takim miejscu. Oczy latały mi dookoła głowy, bo tam ciągle coś się działo! Pełno ludzi: personel strefy, dziennikarze tv i innych mediów,  DJ-e, grono znajomych ludzi pomagających nam w organizacji osób, my – przyszli skoczkowie i nasi bliscy. A! Były jeszcze przepyszne ciasta i ciasteczka z napisem „SMA”.

Chyba nie byłem przygotowany na to wszystko, ale mordka mi się uśmiechała od ucha do ucha. Podobała mi się atmosfera tego wydarzenia. W moim wypadku zaczęło się od udzielenia wypowiedzi dla TVP Katowice, umówienia się na kolejną wypowiedź do TVN-u. To było dla mnie całkiem nowe doświadczenie, ale miałem pełną świadomość, że skoki miały tzw. drugie dno.

Chodziło o zwrócenie uwagi na sytuację osób chorujących na SMA. Z jednej strony w czerwcu br. w UE został zarejestrowany lek na nasze schorzenie, z drugiej jest on w Polsce dostępny tylko dla garstki potrzebujących. Każdy z nas marzy o leczeniu. I tak miło mijał mi czas na rozmowach, żartach, wysłuchaniu relacji osób, które już skakały.

Nagle usłyszałem głos pani siedzącej w Manifeście (hmm, nie miałem pojęcia, że to miejsce tak się właśnie nazywa i jako laik myślałem, że jest po prostu tzw. recepcja J hehe) wyczytującej moje nazwisko. Oznaczało to jedno. Zbliżał się czas mojego skoku. Podszedł do mnie Bartek, który okazał się moim tandem-skoczkiem. Chwilę porozmawialiśmy, ustaliliśmy, co dam radę zrobić samodzielnie, a czego nie i…

Najpierw było zakładanie uprzęży. Trochę to trwało. Następnie koledzy ze Strefy przenieśli mnie na pakę samochodu transportującego nas do samolotu. Wtedy również poznałem Marka, który miał filmować mój skok. Marek jest strasznie energetycznym gościem, więc udało mu się na jakiś czas rozładować skumulowane we mnie  napięcie. Razem ze mną, tym samym lotem, leciała najdzielniejsza z żon, czyli moja Monisia, która również postanowiła oddać skok. Przeniesiono mnie na pokład samolotu i ruszyliśmy. Samolot wzbijał się w powietrze, a ja patrząc przez okienko zadawałem sobie w myślach pytanie:

Co Ty Tomaszu robisz?!

W czasie lotu Marek nadal próbował rozładowywać atmosferę, a ja z przerażeniem widziałem, jak wzbijamy się coraz wyżej. Kiedy osiągnęliśmy pułap 4000 metrów (!), Bartek zakomunikował, że zaraz będziemy skakali.

Otworzyły się drzwi, a koledzy skoczkowie przesunęli mnie na próg samolotu. Zanim „runęliśmy” ku ziemi miałem kilka sekund, żeby zerknąć na świat pode mną. Nigdy w życiu nie poczułem jednocześnie strachu i fascynacji tym, co widzę. 3,2,1 i…wyskoczyliśmy z pędzącego samolotu. Głową w dół, z prędkością ponad 200 km/h. Tzw. swobodne spadanie, to zapierający (dosłownie!) dech w piersiach moment. Chyba nie do końca potrafiłem cieszyć się tą chwilą. Ale, kiedy nade mną rozpostarła się przepiękna, kolorowa czasza spadochronu, kiedy prędkość spadania zdecydowanie zmalała, wtedy poczułem prawdziwą wolność!

Moje ciało nic nie ważyło, nie było ryzyka upadku ani problemu związanego z poruszaniem się. Był wiatr we włosach (oczywiście, gdybym je miał hehe), był cudowny widok Matki Ziemi, były endorfiny w niespotykanej ilości. To był moment mojej wielkiej radości. Te kilka minut, tam w górze, to był świat, którego nie chciałem opuścić. Dziwnie patrzyło się na coraz bardziej widoczną płytę lotniska, na coraz wyraźniejsze postaci. Zbliżałem się do lądowania. „Jestem na ziemi” – zdążyłem pomyśleć. Gdzieś w tyle głowy pojawiła się myśl, że ja chcę jeszcze raz, że tam w górze naprawdę była wolność, że to nie jest frazes. Bo ja potrzebuję tej wolności. O tą codzienną jest coraz trudniej, więc pozostaje mi ta bardziej spektakularna. I zamierzam z niej korzystać!

Nie za bardzo przepadam za określeniem: przełomowy rok. Ale coraz częściej tak właśnie myślę o 2017 roku. Pojawił się lek na SMA. Ja z kolei zrobiłem rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłem. Pływałem w Bałtyku na amfibii dla OzN, a teraz skoczyłem ze spadochronem z wysokości 4 km! Uwielbiam książki o Himalajach. Te 4000 metrów, to była połowa mojego himalajskiego ośmiotysięcznika. Miła perspektywa, prawda?

To były niezwykle ważne momenty mojego życia. Dały mi poczucie, że mogę marzyć i mogę realizować te marzenia. Was również do tego zachęcam. Uwierzcie w siebie i dajcie sobie przestrzeń do spełniania się. Przyjemnie jest spojrzeć w lustro i powiedzieć samemu do siebie: tak Tomaszu, zrobiłeś TO!

Trzymajcie się!

Zapisz

Zapisz