fbpx

Wywiad z uczestnikami wyprawy Denali – Expedition 2017

3 sierpnia 2017 Podniebna Drużyna SMA

Wywiad z uczestnikami wyprawy Denali – Expedition 2017

Kiedy jakiś czas temu zapytałam chłopaków czy będę mogła przeprowadzić z nimi wywiad po ich powrocie do kraju, nie sądziłam, że spędzę tak miło czas. Rozmowa trwała dosyć długo (w końcu należę do wymagających osób a chłopcy, jak się później okazało, też) – było miło, poważnie, ale też spora dawka śmiechu była zawarta w tym „spotkaniu”. Dzięki tej rozmowie, Łukasz i Szymon, przypomnieli mi to, o czym już zapomniałam – o marzenia warto walczyć, a ich spełnienie dodaje skrzydeł! Nie warto odkładać ich „na potem”, bo to „potem” może już nie nadejść…

Dawno nie miałam okazji poznać tak szczerych, otwartych, zabawnych ludzi, od których radość i empatia bije na kilometr. Są różni, ale łączy ich wspólna pasja – urzeczywistnianie swoich marzeń w połączeniu z sianiem dobra wokół. Łukasz od początku miał sporo do powiedzenia, jego odpowiedzi sugerowały, że jest w swoim żywiole; Szymek za to odpowiadał skromnie, wręcz niektóre jego odpowiedzi trzeba było wyciągać siłą, ale po pewnym czasie również się rozkręcił.

Wiem jedno – oboje są niesamowici i robią niesamowite rzeczy! Chcecie się też o tym przekonać? Jeśli tak, to zapraszam do przeczytania poniższego wywiadu.

Zacznijmy Panowie od początku.

Może to pytanie banalne, ale jak długo się znacie i w jaki sposób się poznaliście? Dużo już za Wami wspólnych akcji czy Denali jest Waszą pierwszą?

Sz: Poznaliśmy się przez Internet, na kilka miesięcy przed wyprawą.

Ł: Denali jest pierwszym wspólnym projektem z Szymkiem. Komunikacja w sieci jest aktualnie bez ograniczeń i wspólna chęć wejścia na najwyższy szczyt Ameryki Północnej połączyła nasze starania

Co porabiacie na co dzień, gdy nie spełniacie swoich szalonych marzeń?

Sz: Studia (fizjoterapia), praca, treningi (biegi górskie, siłownia), nauka, spotkania ze znajomymi.

Ł: Jestem inżynierem elektrykiem, który zamiast walczyć z wiatrakami, to projektuje wielkie farmy wiatrowe na wodzie. Poza tym w wolnych chwilach prowadzę bloga o górach i podróżowaniu Kartka z Podróży (www.facebook.com/kartkazpodrozy/?ref=ts&fref=ts – red.).

Wiem, że nie tylko się wspinacie, ale wzięliście także udział w wyprawie na pustynię Gobi, było Maroko i Sahara, Tanzania, Mendoza. Skąd te takie, bądźmy szczerzy, dość wyczerpujące i wymagające wielu sił i determinacji cele?

Ł: Pasja do podróżowania, poznawania nowych kultur, odkrywania nowych miejsc trzyma mnie przy życiu. Lubię stawiać sobie coraz to nowe wyzwania. Nie tylko samo podróżowanie, ale i cały proces przygotowawczy oraz późniejsze wspomnienia sprawiają mi niezmierną radość.

Sz: Poniosło mnie w tamtejsze rejony, ponieważ kiedy zdobyłem swój pierwszy szczyt z Korony Ziemi postanowiłem, że będę ją zdobywać. I tak też się dzieje! Pojechałem na Elbrus, później do Mendozy – Aconcagua, potem Kilimandżaro, teraz Denali. Kiedyś wydawało mi się to nierealne, bo mając 19 lat myślisz, że to bardzo odległe, ale wiara w siebie, w swój projekt sprawia, że się da.

Skąd pomysł na Denali? Dlaczego wybraliście akurat ten szczyt?

Sz: Zawsze marzyła mi się Alaska i jest to dla mnie ostatni, “najtańszy” szczyt z KZ (Korona Ziemi – red.), potem już tylko coraz większe koszty, np. około 80-120 tysięcy złotych za Mount Everest. Musiałby mnie chyba sponsorować mój operator komórkowy lub bank.

Ł: Byłem wcześniej na wyższych szczytach, jak np. Szczyt Lenina lub Noszak, ale Denali to dla mnie szczególne miejsce. Jako dziecko wodziłem palcem po mapie i niejednokrotnie trafiałem na Alaskę. Wydawała mi się miejscem bardzo odległym, wręcz nieosiągalnym dla małego brzdąca. Teraz realizuję marzenia z dzieciństwa. Denali to miejsce, gdzie bez przerwy, bo przez cały rok, trwa sroga zima i gdzie w czerwcu słońce wcale nie zachodzi za poszarpane łańcuchy górskie. Góra jest uosobieniem czystości, piękna i dzikości nieokiełznanej natury.

Kiedy zdecydowaliście, że Wasza wyprawa do Ameryki będzie dedykowana chorym na SMA, a w szczególności dwóm małym wojownikom – Indze i Igorkowi?

Ł: To zaczęło się jeszcze przed wyprawą na Noszak. Córka naszego znajomego geografa – Inga –zachorowała na SMA i chcieliśmy jakoś pomóc. Wspinaczka wysokogórska niejednokrotnie kojarzy się z działaniem dość egoistycznym. Ludzie gramolą się sami na jakieś szczyty i wydają przy tym jeszcze sporo pieniędzy. Nie chcieliśmy robić rzeczy tylko dla siebie, ale także przez nasze działanie, które może przyciągnąć uwagę szerszej grupy, pomóc, wesprzeć też tych najmłodszych w potrzebie. Denali było kontynuacją naszych starań. Tym razem do Świnki Peppy (ulubiona maskotka Ingi – red.) dołączył także Baranek Duś – pluszak Igorka. I tak razem weszliśmy na szczyt. Nie tylko dla siebie, ale także dla wszystkich dzieci z SMA.

Sz: Jak tylko pojawił się pomysł z SMA, od razu wpadł mi do głowy Igorek. Kiedyś zostałem zaproszony na prelekcje do szkoły podstawowej, w której organizowano kiermasz i były zbierane pieniążki właśnie na leczenie Igorka. I tak się o nim dowiedziałem. Postanowiłem pomóc właśnie jemu, bo jak dowiedziałem się wtedy o jego chorobie, to zrobiło mi się przykro.


Myślicie, że takie akcje jak Wasza są potrzebne? Co chcieliście pokazać poprzez połączenie spełnienia marzenia z mówieniem o rdzeniowym zaniku mięśni?

Sz: Na pewno są potrzebne. Przede wszystkim ludzie za bardzo nie wiedzą o SMA. Może ktoś, kto przeczytał to na naszym banerze, który zabraliśmy na szczyt, zainteresuje się, wejdzie na profil Ingi (www.facebook.com/IngaFIGURKA – red.) czy Igorka (www.facebook.com/igorek.blog – red.) i będzie w stanie jakoś pomóc lub powie o tym innym. My walczymy ze sobą, z trudnościami w górach tylko przez kilka dni – oni walczą cały czas. I jestem pewny, że takie osoby są od nas dużo silniejsze, choć dla zwykłego człowieka mogą wydawać się słabe.

Ł: Wydaje mi się, że czasami trudno przyciągnąć uwagę ludzi. Góry wysokie są dość popularnym tematem wśród rodaków i dlatego poczułem, że możemy też, jednocześnie opowiadając o górach, zwiększyć także świadomość w społeczeństwie o SMA. Mamy nadzieję, że przyczyni się to w pośredni i bezpośredni sposób do przyspieszenia prac nad skutecznym lekiem i zwiększenia dostępności współczesnych metod leczenia. Wierzymy, że choroba już niedługo stanie się przeszłością.

Powiedzcie szczerze. Czy wcześniej wiedzieliście cokolwiek na temat SMA? Jakie są objawy i konsekwencje tej choroby? Wiemy już Łukaszu, że Tobie nie było to obce, ponieważ Inga jest córką znajomego.

Ł: Dokładnie. O SMA dowiedziałem się już jakiś czas temu, właśnie od niego, ale przedtem nie spotkałem się w najbliższym otoczeniu z tą chorobą.

Sz: A ja słyszałem o SMA wcześniej.

Ooo…, a gdzie?

Sz: Np. na studiach, na praktykach.

No tak, w końcu studiujesz fizjoterapię. Opowiedzcie, jak trafiliście na Podniebną Drużynę i jak rozpoczęła się ta nietypowa współpraca? 

Ł: Podczas przygotowań do wyprawy na Noszak działaliśmy tylko z Tomkiem. Wtedy pojechała z nami do Afganistanu Świnka Peppa – chyba jedyna świnka w tym islamskim kraju (mój wybuch śmiechu – red.). W przypadku Denali postanowiliśmy z Tomkiem zrobić jeszcze więcej i skontaktowaliśmy się z Fundacją SMA – i tak trafiliśmy także na Podniebną Drużynę. Dajecie radę!

Właśnie, wspinałeś się, Łukaszu, na Noszak dla Ingi, w tym roku wszedłeś na Denali także m.in. dla niej. Wiemy jak na siebie trafiliście, ale powiedz, czy miałeś okazję poznać osobiście tę dziewczynkę?

Ł: Chciałbym poznać Ingę osobiście, ale jeszcze się to nie udało. Aktualnie przebywa w Anglii i tylko czasem przylatuje do Polski. Do tej pory jedynym fizycznym łącznikiem jest Świnka Peppa, która już niebawem ponownie trafi do Ingi.

A Ty, Szymonie, poznałeś Igora?

Sz: Tak, miałem okazję przed wyprawą się z nim spotkać, z jego rodzicami oraz rodzeństwem także. Za kilka dni jadę do niego oddać mu Baranka. Niestety, Duś podczas ataku szczytowego zgubił rękawiczki, ale na szczęście nie doszło do odmrożeń.

À propos, teraz pół żartem, pół serio. Jak wyprawę przeżyli Wasi współtowarzysze? Są cali i zdrowi?

Ł: Świnka Peppa była pod moją szczególną opieką, natomiast Barankiem Duś zajmował się Szymek. Obydwie maskotki miały ze sobą misternie zrobiony zestaw ciepłej odzieży, tj. czapka i szalik. Tak opatulonym żadne mrozy na Alasce nie groziły. Mają się bardzo dobrze i wydaje mi się, że przeszły aklimatyzację znacznie lepiej od nas. Maskotki w pełnym rynsztunku są pokazane na zdjęciach na www.denali.kartkazpodrozy.pl.

Jak przygotowywaliście się do wyprawy? Czy wyznaczyliście sobie jakieś cele treningowe, które miały za zadanie przygotować Was do tej wspinaczki?

Sz: Zawsze staram się wolny czas spędzać aktywnie, ale przed wyprawą nałożyłem nacisk właśnie na siłownię i górskie bieganie.

Ł: Do kilku ostatnich wypraw przygotowuję się stosując trening przedziałowy o wysokiej intensywności (HIIT). Takie ćwiczenia mogą w szybkim czasie zwiększyć wydolność tlenową organizmu, nawet o 100%. Poza tym, standardowo biegam, jeżdżę na rowerze, optymalizuję dietę, dbam o sen i staram się ograniczać spożycie alkoholu. Przygotowania zazwyczaj zaczynają się 2-3 miesiące przed wyjazdem. Oczywiście, trzeba prowadzić nienaganny styl życia i dbać o formę przez cały rok. 


Tak się da? Chodzi mi o nienaganny styl życia. 

Ł: Myślę, że trzeba to czuć i żyć tym. W zdrowym ciele – zdrowy duch. Na co dzień pracuję w biurze, w dość stresującym środowisku ze względu na dużą odpowiedzialność. Dlatego bez dbania o kondycję fizyczną byłoby ciężko.

Powiedzcie, proszę, jakie emocje towarzyszyły Wam podczas zdobywania Denali?

Sz: Zdobywanie Denali, jak i innych gór, to w dużej mierze walka ze swoimi myślami, słabościami. Ten cały ciężar, który musimy nieść, ciągnąć wpływa na nasze zmęczenie, jednak widoki wszystko rekompensują. Atak szczytowy uważam, że był nagrodą – mogliśmy zdobyć szczyt bez sanek i z lekkimi plecakami. Jeśli chodzi o emocje, to ja jestem zawsze wzruszony, bo jednak na to wszystko bardzo dużo pracowałem, tak jak i Łukasz, i zawsze wtedy chce mi się płakać.

Ł: Działanie w górach wysokich wiąże się z dużą odpowiedzialnością za siebie i swoich partnerów. Oczywiście, nie wszystko da się przewidzieć i dlatego trzeba rozważnie działać. Muszę wspomnieć, że wraz ze wzrostem wysokości, maleje ilość tlenu w atmosferze. Powoduje to trochę odmienne działanie mózgu niż na nizinach. Proces aklimatyzacji jest dość żmudny i męczący, dlatego człowiekiem miotają raczej mieszane uczucia.

Wiadomo, że moment samego wejścia na szczyt jest najbardziej ekscytujący. Wtedy wszystkie troski i niedogodności odchodzą na drugi plan. Jest tylko szczyt, ja i niepohamowana radość. Pomimo zmęczenia byliśmy w stanie krzyczeć i objąć się z całych sił w niedźwiedzim uścisku.

Zejście wymaga znacznie mniejszego wysiłku i dlatego można delektować się widokami, i pozwolić sobie na chwilę wytchnienia. Muszę przyznać, że na wysokościach targają człowiekiem skrajne emocje. Może właśnie dlatego też wspinanie się po górach wysokich przyciąga, wręcz uzależnia.

Myśleliście tylko o tym, by jak najszybciej zdobyć szczyt? A może Wasze myśli skupiały się na rodzinie i powrocie do bliskich?

Sz: Żeby bezpiecznie zdobyć szczyt. Bardzo często myślę o rodzinie, przyjaciołach. W górach czas leci wolniej i szybko mi tęskno do nich oraz do miejsca, gdzie mieszkam.

Ł: Nie jest to już moja pierwsza wysoka góra. Przede wszystkim rozsądek i dobre planowanie, żeby zmniejszyć ryzyko niepowodzenia lub wypadku. W górach wysokich nie ma miejsca na szybkie i brawurowe akcje. Ze względu na dobrą pogodę, sprawną aklimatyzację oraz dobre zgranie zespołu byliśmy w stanie wyjątkowo szybko zdobyć szczyt. Oczywiście, myślami jestem zawsze z moją rodziną. Z osobami, które na mnie czekają w domu, jak i z tymi, których nie ma już na tym świecie. W pewnym sensie moja rodzina jest głównym motorem do działania, osiągnięcia sukcesu i dbania o bezpieczeństwo. Pisałem o tym w mojej ostatniej książce o solowym wejściu na Aconcaguę („Aconcagua. W cieniu Śnieżnego Strażnika” – red.). Co było najtrudniejsze w tej wyprawie?

Ł: Muszę przyznać, że w porównaniu z innymi, ta wyprawa przebiegła dość sprawnie. Chyba byliśmy w stanie uniknąć wszelkich przykrych doświadczeń z poprzednich wypraw. Nie chcę bagatelizować, bo Denali jest bardzo wymagającą górą, ale chyba potraktowała nas bardzo życzliwie.

Sz: Sanki.

O nie, mój Drogi, w moim wywiadzie myśl się rozwija. No więc Szymonie? Co z tymi sankami?

Sz: Ha, ha… Z racji tego, że co wyjście do kolejnego obozu braliśmy ze sobą praktycznie wszystko, było to bardzo meczące, no i ja bałem się szczelin, których na Denali nie brakuje – jest ich pełno!

Mieliście jakieś kryzysy, chwile zwątpienia? Był taki moment, że pomyśleliście „nie damy rady”?

Ł: Aż tak krytycznie nie było, ale każda pierwsza noc w nowym obozie była dość męcząca dla mnie ze względu na stosunkowo wolno postępującą aklimatyzację. Przewyższenia między obozami były prawie kilometrowe i nie sposób było się szybko zaadoptować po całym dniu podejścia z sankami i plecakiem wyładowanymi bambetlami (manatki, rzeczy osobiste – red.) na całą wyprawę.

Z perspektywy czasu przyznam, że ostatni dzień był dość męczący. Wtedy musieliśmy przewędrować po lodowcu z całym bagażem prawie 20 kilometrów do bazy. Daliśmy radę, bo było jeszcze w nas sporo wigoru.

Sz: Aż tak chyba nie myślałem. Choć w głowie miałem małe cele – nie wejść na szczyt, tylko dojść do kolejnego obozu. I tak cały czas, aż na sam szczyt.

Ł: Jak Szymek wspomniał, przemieszczaliśmy się między obozami z całym naszym bagażem. Nie rozkładaliśmy rzeczy na mniejsze pakunki, żeby etapami przenosić ekwipunek między obozami i składać depozyty. Czuliśmy się dobrze, więc braliśmy wszystko na raz.

Co czuliście, gdy stanęliście już na szczycie?

Sz: Tak, jak już wspominałem – byłem wzruszony, szczęśliwy, że część zadania udało się wykonać. Jest to niesamowita radość, bardzo wyjątkowe uczucie, wzruszenie, bo z niczego robi się coś. Trzeba po prostu wierzyć i włożyć w to całe serce.

Jadąc z Łukaszem nie wiedziałem jak to będzie – czy się zgramy, czy tempo będziemy mieli podobne – to wszystko było pod znakiem zapytania. Mimo wszystko, z góry czuwali nad nami i udało się!

Dzięki Łukasz! 😀

Ł:„O, to już tutaj?” – to moja pierwsza myśl. Byłem zaskoczony na początku, a potem euforia opanowała cały organizm. Brak widoków ze szczytu zrekompensowała satysfakcja. Skrajne emocje, których trudno byłoby mi doświadczyć gdzieś indziej. Biegałem, krzyczałem, sapałem, smarkałem, płakałem, dyszałem… To trzeba przeżyć samemu.

Samo wchodzenie jest dość męczące i trudno mówić o przyjemności wynikającej z wysiłku i żmudnego procesu aklimatyzacji. Tutaj właśnie chodzi o ten szczyt, o zwieńczenie wielotygodniowych przygotowań i wielkiej pracy organizmu.

Nie wiem co Wy na to, ale idę z Wami na kolejną wyprawę w góry. 

Ł: No, ale nie wiesz jeszcze, gdzie będziemy szli?

Kopiec Kraka? Kościuszki? 

Ł: Hmm… dość prominentne wzniesienie.

Pierwsze zaliczyłam kiedyś o 2.00 w nocy. Drugie na mnie czeka… niezdobyte.

Ł: Rewelacja! Kiedy Kościuszki?

Kiedy macie czas? A tak serio – jak mi urlop w pracy załatwisz. 

Ł: Wiem, o co chodzi. Denali też zabrało dość sporo dni z urlopu.

No tak. Wiadomo, że to nie wyprawa na jeden dzień.

A wracając do wywiadu. Czy oprócz pokonywania kolejnych kilometrów mieliście czas na podziwianie krajobrazów i rozmowę z napotkanymi ludźmi? Spotkaliście kogoś ciekawego?

Ł: Denali to niepowtarzalna góra pod względem widoków. Wielka, prominentna, skąpana w chmurach, z jednej strony otoczona dziewiczym lasem i oceanem. Byliśmy winni to naturze, żeby podziwiać ją i z nią być.

Spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, chociaż upierdliwcy też się zdarzali. Najbardziej utkwiła mi w pamięci ekipa Polaków z Chicago, z którymi wspólnie dzieliliśmy czas. Mieliśmy takie nasze igloo, gdzie przesiadywaliśmy i pichciliśmy.

Wydarzyło się po drodze coś, przez co musieliście zmienić nieco swoje plany? Załamanie pogody, choroba…?

Ł: Większość wyprawy przeszła bez większych perturbacji. Na Denali pierwszy raz korzystaliśmy z sanek przy transporcie wszystkich manatków. Okazało się, że korzystanie z tego było dość uciążliwe, dlatego postanowiliśmy ograniczyć ich użycie do minimum. W ostatecznym rozrachunku postanowiliśmy jak najszybciej przedostać się do obozu na wysokości 14 200 stóp. Spowodowało to, że aklimatyzacja była bardziej uciążliwa ze względu na szybkie pokonywanie wysokości i transport dużego ciężaru.

Sz: Raczej wszystko szło bardzo sprawnie. Wstępnie zakładaliśmy, że wyprawa zajmie nam 15-20 dni, a wyszło 11. Jednak przez to musieliśmy włożyć więcej sił w nią, bo np. cały bagaż wynosiliśmy na raz, przez co było dosyć ciężko.

Jak wygląda standardowy dzień z wyprawy?

Ł: Ha, ha… Trudno mówić o standardowym dniu, ponieważ na Denali w czasie przesilenia letniego słońce praktycznie nie zachodzi. Dlatego czasami spaliśmy w południe, a czasami o północy. Poza tym, sen był dość nieregularny i zdarzało się, że o 2.00 w nocy, zupełnie wygłodniali, topiliśmy śnieg na zupę lub owsiankę.

Kiedy przenosiliśmy obóz, to zwijaliśmy namiot, ładowaliśmy wszystko na sanki i maszerowaliśmy nawet do 10 godzin dziennie. Kiedy był dzień restu, czyli odpoczynku i spokojnej aklimatyzacji, to długo spaliśmy, dużo pichciliśmy i uzupełnialiśmy płyny. Nie obeszło się też bez integracji w obozie. Już w 14-tce spotkaliśmy przesympatyczną grupę Polaków, z którymi razem działaliśmy i prowadziliśmy długie dyskusje o górach oraz sensie życia.

Sz: Najczęściej wstawaliśmy „w nocy” (tam są białe noce, czyli cały czas jest widno), śniadanko, pakowanie i ruszamy w kilkugodzinną trasę. Jest duże zmęczenie, ale towarzyszą też piękne widoki. Po drodze jakieś batoniki, a przed dojściem do bazy już myślałem, co by tu zjeść na obiadek. I później do wieczora odpoczynek, pogawędki, jedzenie.

Dzień spędzony w górach wzmaga apetyt, chyba szczególnie u Szymka. Czy podczas wspinania jest czas na małą przekąskę? Ciekawi mnie, jak wyglądały Wasze posiłki. Przygotowujecie sobie na drogę lunch boxy? 

Sz: Ja może nie wyglądam, ale dużo jem – przede wszystkim w górach. Oczywiście musi być na to czas. Posiłki to bardzo ważna rzecz – trzeba mieć siłę, żeby targać to wszystko do góry. Rano najczęściej na śniadanko jedliśmy kaszki lub mleko, po drodze batony i inne łakocie, na obiad liofy (żywność konserwowana metodą liofilizacji, czyli suszenia po zamrożeniu z zastosowaniem obniżonego ciśnienia – red.) – czasem nawet dwa – a na kolację mleko, „Słodka Chwila” budyń lub kisiel, żurawina, orzeszki – różnie.

Ł: No z jedzeniem to jest bardzo delikatna sprawa. W przypadku naszej wyprawy musieliśmy optymalizować każdy kilogram bagażu, ponieważ wszystko trzeba wnieść samemu na barkach lub sankach. Dlatego też nie mogliśmy sobie pozwolić na wymyślną dietę. O jajkach z kawiorem można zapomnieć. Wszystko to potrawy liofilizowane i wysokoenergetyczne jedzenie szturmowe.

Liofilizowane dania to namiastka naszego domowego jedzenia. Praktycznie wszystko da się ugotować, zamrozić i wysuszyć. Są lekkie, pożywne i zajmują mało miejsca. Aktualnie to już standard na wyprawach.

Oczywiście, staraliśmy się urozmaicić dietę i zabrać ze sobą ulubione smaki, ponieważ apetyt w górach wysokich – szczególnie podczas aklimatyzacji – jest bardzo wybredny. Dobrze jest zabrać ze sobą sprawdzone smaki, takie, które znamy jeszcze z dzieciństwa.

Lubiliśmy sobie zrobić na dobre przywitanie dnia mleko z płatkami śniadaniowymi. Szymek wręcz wiódł prym w mieszaniu mleka w proszku z roztopionym śniegiem. Rewelacja!

O fuj… 

Ł: To i tak była jedna z lepszych potraw.

Nie wiem, czy chcę wiedzieć więcej. 

Ł: Uwierz mi, że liofilizowany kurczak w sosie curry z rodzynkami i orzeszkami ziemnymi czasami przez gardło nie przejdzie. Im gorsza aklimatyzacja, tym mniejszy apetyt.

Stop! Koniec pytania, bo czuję, że nie zjem kolacji. 

Ł:Tak, jedzenie jest bardzo ważne w górach. Mówi się, że powinno się zjeść więcej niż 2 500kcal każdego dnia, ale czasami nawet 1 500kcal trudno pochłonąć. Rozmyśla się wtedy o jakichś wykwintnych daniach, które się zje po zejściu na dół, jak np. schabowy z ziemniakami lub pierogi z barszczem czerwonym.

Mmm… Schabowy to ja rozumiem, ale śnieżnemu mleku z proszku mówię stanowcze NIE. 

Wróćmy do tematu. Góry kojarzą mi się z pięknem, wolnością, ale także z niebezpieczeństwem. W marcu część SMAków miała okazję poszusować na nartach, stanąć na szczycie Kotelnicy i poczuć nieco tej wolności. Dla niektórych była to też walka ze swoimi słabościami. Trudno porównywać taki szczyt z McKinley’em (Denali – red.), ale sądzę, że odczucia mogą być podobne. A Wam z czym kojarzą się góry?

Sz: Myślę, że odczucia mogą być nawet takie same. SMAki podejmują taką samą walkę – może góra jest mniejsza, ale myślę, że walka ze słabościami, ze zmęczeniem jest podobna, albo nawet taka sama. Grunt to znaleźć miejsce, gdzie możemy ze sobą walczyć – wtedy poznajemy siebie bardziej. Uważam, że to jest bardzo ważne – znać siebie. Całe życie chyba się poznajemy, tak mi się wydaje.

Ł: Dla mnie góry to taka enklawa spokoju, której człowiek jeszcze nie zdominował, gdzie należy podporządkować się prawom natury, a nie narzucać swoje warunki. To miejsce, gdzie można bliżej się poznać walcząc ze słabościami i będąc odciętym od szumu cywilizacji.

W górach wysokich proste czynności niejednokrotnie urastają do rangi skomplikowanego zadania. Bo niby jak zawiązać buta, kiedy na dłoniach ma się łapawice (rękawice, zazwyczaj z jednym palcem – red.), w głowie szumi z powodu braku tlenu, a na zewnątrz zawierucha, że łeb urywa?


O czym trzeba pamiętać, idąc w tak wysokie góry?

Sz: Żeby nie zapomnieć zabrać głowy. Możemy mieć najlepszy sprzęt, pełno przewodników wokół siebie (jeśli mamy dużo pieniędzy), wchodzić na najwyższe szczyty, ale jeśli nie mamy głowy na karku, to na nic nam cała reszta.

Ł: Hmmm… Na pewno zorganizowanie wyprawy w góry wysokie wymaga sporego doświadczenia. Składa się na to szereg czynności, do których trzeba rzetelnie podejść. Są to m.in. uzyskanie wszelkich potrzebnych zezwoleń, skompletowanie odpowiedniego sprzętu w zależności od charakterystyki miejsca, odpowiedni trening fizyczny, odpowiednie nastawienie psychiczne, należyta dieta, wszelkie aspekty związane z logistyką, wnikliwe przestudiowanie drogi na szczyt, szkolenie z pierwszej pomocy i ratownictwa górskiego, komunikacja, ubezpieczenia, itp. Jak sama widzisz– dość sporo tego wszystkiego. Oczywiście należy też pamiętać o dobrym humorze i pozytywnym nastawieniu, bo to sprawia, że mamy frajdę z wyjazdu.

Jakie, Waszym zdaniem, trzeba mieć predyspozycje, by przebywać w ekstremalnych warunkach? Czy Wy je posiadacie?

Ł: Wydaje mi się, że to sprawa bardzo osobista. Na swoim przykładzie mogę stwierdzić, że do znacznych wysokości trzeba się stopniowo przyzwyczajać. Nie warto od razu stawiać sobie za cel ośmiotysięczników. Lepiej najpierw pojechać w Tatry, następnie w Kaukaz i dopiero potem może jakieś wyższe szczyty w Pamirze, Hindukuszu lub Himalajach.

W górach wysokich nie tylko sprawność fizyczna decyduje o powodzeniu, ale także to, co mamy w głowie. Wytrwałość i zawziętość w dążeniu do celu.

Sz: Myślę, że na pewno trzeba mieć jakieś predyspozycje. Ja zaczynałem przygodę z górami wysokimi na Mont Blanc – i szedłem coraz wyżej. Denali było moją piątą górą z Korony Ziemi i wiem już, jak zachowuję się na wysokościach. Idąc już tak wysoko, warto wiedzieć coś o sobie (jak zachowuje się organizm).

Parę dni temu wróciliście do domu. Powiedzcie, czy trudno było się z powrotem zaadoptować? Doszliście już do siebie?

Ł: Tym razem szczyt tak bardzo nas nie wymęczył. Muszę przyznać, że dość szybko udało nam się wejść na Denali, dlatego mieliśmy też trochę czasu, żeby ponownie wrócić do cywilizacji.

Bywały wcześniej takie wyprawy, że po powrocie z nich przez tydzień nie mogłem się odnaleźć w realiach dyktowanych przez Zachodnią Cywilizację. Człowiek siedzi wtedy w domu i mało w depresję nie popada. Tym razem nie byłem totalnie odcięty i z wielką chęcią wróciłem do domu. Przez pierwszych kilka dni zmagałem się tylko z jet lagiem (zespół nagłej zmiany strefy czasowej, objawiający się m.in. zaburzeniami snu, bólem głowy, dezorientacją czy zaburzeniami apetytu – red.), ale to pikuś.

Sz: Chyba nie trudno. Wiadomo, że dużo jest jeszcze spraw po wyprawowych – poskładanie zdjęć, sklejenie filmiku, trzeba się po wywiązywać z różnych rzeczy (np. nasz wywiad – red.), co jest czasochłonne, ale warto ten czas poświęcić dla tego, co się zrobiło.  Ja się szybko aklimatyzuję – zawsze pod koniec, i w sumie też w trakcie wyprawy, bardzo mi tęskno za rodziną oraz bliskimi.

À propos rodziny. Jak Wasi najbliżsi reagują na takie wyprawy? Wspierają Was i kibicują, czy wręcz przeciwnie – odradzają je z troski o Was?

Ł: No, nie była to moja pierwsza wyprawa. W takim przypadku dobre przygotowanie tworzy pewien komfort psychiczny, który także udziela się bliskim. Potrzebne jest też tutaj wzajemne zrozumienie i zaufanie, na które trzeba pracować latami. Z pewnością mogę liczyć na pełne wsparcie ze strony bliskich.

Sz: Mamcia i Babcia mówią, że mam sobie dać spokój, bo się martwią, ale mimo to bardzo mnie wspierają, tak jak i reszta rodziny. Bardzo mi kibicują – wiedzą, że to jest coś, co kocham. Tego nie da się zabronić.

Zapytam o to, choć nieco nieskromnie. Czy macie w planach kontynuowanie szerzenia świadomości na temat SMA?

Sz: Myślę, że jak tylko będzie okazja – TAK.

Ł: Po wyprawie na Noszak w Afganistanie wiedziałem, że temat SMA nie jest jeszcze zamknięty. Co prawda dużo się wydarzyło przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Wtedy nikt nie wiedział, kiedy pojawi się lek, a teraz walczymy, żeby go udostępnić. Myślę, że dopóki choroba dotyka znajomych, społeczeństwo, dopóty warto drążyć temat i szerzyć świadomość. Czyli… myślę, że tak!

Moja „dusiowa” ciekawość nie pozwala mi nie zadać tego pytania. Macie już jakieś kolejne plany, marzenia do spełnienia? Czym teraz zaskoczycie?

Sz: Do zdobycia Korony Ziemi zostały mi tylko trzy wyprawy, ale są to trzy najdroższe wyprawy. Obecnie muszę przyłożyć większy nacisk na naukę i pracę, którą dopiero zaczynam. Na pewno góry cały czas będą w moim życiu. Zobaczymy, co czas pokaże.

Ł: Po każdym wyjeździe w góry raczej nie staram się myśleć o następnym. Jest to czas relaksu, autorefleksji i powrotu do rzeczywistości. Za każdym razem stawiam sobie coraz to bardziej wymagający cel i zdaję sobie sprawę, że potencjalne następne przedsięwzięcie górskie byłoby już większym projektem. Myślę, że dobrze się zastanowię, zanim coś postanowię. Być może następny projekt będzie bardziej ukierunkowany na podróż i poznawanie nieznanych miejsc.

Rozumiem. Czy chcielibyście na koniec powiedzieć coś wszystkim tym, którzy trzymali za Was kciuki i wspierali Was duchowo? A może jakieś specjalne słowa dla SMAków?

Ł:Świat stoi dla każdego otworem, a ograniczenia są tylko w naszych głowach. Realizujcie swoje marzenia i czerpcie radość z życia. Takie ot afirmacyjne stwierdzenie.

Dzięki, że byliście z nami. Wasze wsparcie również pomogło nam w osiągnięciu celu.

Sz: Na pewno dziękuję wszystkim tym, którzy trzymali za nas kciukasy. Dziękuję za termos z cytatem z Pisma Świętego, za modlitwę (odczuwałem duchową siłę cały czas!) – to jest taka siła, że po prostu się nie boisz, bo wiesz, że tam na górze czuwają. Dziękuję ks. Michałowi za Msze Święte, które odprawiał m.in. na Denali. Kocham Was wszystkich – dzięki!

A dla wszystkich SMAków – życzę Wam dużo siły w zdobywaniu waszych szczytów, które są wyższe od Everestu! Buziaki!

Super! Dziękuję chłopcy za poświęcony czas i rewelacyjny wywiad!

Dziękuję Podniebnej Drużynie za możliwość wykazania się w zupełnie nowej roli – mam nadzieję, że sprostałam zadaniu. Podziękowania także dla naszych górskich chłopców za te parę godzin, które naładowały moje „dusiowe” akumulatory.

Aa, no i dzięki za szybkie lekcje – już wiem, co to KZ czy bambotle!