fbpx

Urodziny na stoku (Białka 2018) – DUŚKA PISKORZ

5 lutego 2018 Podniebna Drużyna SMA

Urodziny na stoku (Białka 2018) – DUŚKA PISKORZ

33 – nie wiem, co dla Ciebie znaczy ta liczba. Dla mnie w tym roku jest ona magiczna… Dlaczego? Bo mimo wyroku, który wydali na mnie lekarze w wieku 2 lat, ja pokazałam wszystkim, że nauka, medycyna też mogą się mylić i…. właśnie w tym roku obchodziłam 33 urodziny 🙂 Można? Można! Wystarczy mieć w sobie ducha walki, odpowiednich ludzi przy sobie i dobrego Anioła Stróża u boku 🙂

Już parę miesięcy temu w mojej głowie zaświtała myśl, by w dniu urodzin zrobić coś szalonego, by spędzić ten dzień jakoś inaczej. Bo co to za frajda siedzieć od rana do nocy i odbierać telefony, odczytywać smsy, czy wiadomości na FB? Owszem, miło jest, gdy ktoś pamięta o tym święcie (zwłaszcza, że w moim przypadku kochany FB nie przypomniał o tym 😛 ), złoży życzenia, ale… no spójrzmy prawdzie w oczy – wszyscy składają Ci to samo: zdrowia, szczęścia, miłości… ble ble ble. Teraz wyjdę na niewdzięczną pewnie – no trudno. Ale to nie tak… Ja po prostu jestem wymagająca i oczekuję od życia czegoś więcej niż siedzenie w czterech ścianach i słuchanie życzeń. Dlatego… parę miesięcy temu podjęłam decyzję, że tym razem będzie inaczej. Wiedziałam czego potrzebuję – długiej podróży, gór, stoku oraz… Dominika i szybkiego szusowania z Nim! :):):)

urodziny na stoku

Telefon do Dominika, uzgodnienie terminu, znalezienie ekipy chętnej na wyjazd, opłacenie hotelu, zaklepanie urlopu i…. oczekiwanie na 24 stycznia 🙂 To właśnie wtedy Duśka ma swój dzień. To właśnie wtedy wyruszyliśmy do Białki. To właśnie wtedy zdecydowałam się, że po raz pierwszy spróbuję nocnych zjazdów. I wiecie co? Pomimo że znalazły się osoby, które mi to odradzały, ja – uparta kobieta – postawiłam na swoim. I nie żałuję! Nocne szusowanie ma to “coś” w sobie… Jest nieco mniej ludzi na stoku (chociaż patrząc na ogromne kolejki do wyciągu, to… no 😛 ), powierzchnia śnieżna jest wygładzona, więc automatycznie jest mniej podskoków podczas zjazdów (moja głowa tak nie ucierpiała ), możesz podziwiać piękny księżyc i gwiazdy jadąc wyciągiem na górę (było romantycznie, prawda Domiś?:) ), no i sama jazda jest zupełnie inna niż za dnia! 🙂

Ta godzina tak mi szybko zleciała, że byłam w lekkim szoku, gdy zjechaliśmy pod umówione miejsce i zobaczyłam, że dziewczyny już na mnie czekają… Dopiero na dole poczułam jaka jestem zziębnięta (mimo iż Dominik opatulił prawie całe moje ciało w śpiwór), jak z emocji bije mi serce (nie, ono nie biło… ono waliło!), jak bardzo mi tego brakowało. TAK, tego mi było trzeba – 33 urodzin na stoku!

Myślicie, że to koniec? O nieee… To dopiero początek!

Wyjazd trwał 5 dni – dni szalonych, zaskakujących, ale mimo wszystko spokojnych, byśmy mogły odpocząć po ostatnich trudnych miesiącach. Były też noce, wiadoma rzecz, ale… o nich nie będę pisała, bo nie wypada 🙂

Co robiliśmy podczas tego wyjazdu?

Przede wszystkim zwiedzaliśmy ZAKOPANE. Właściwie to… “zwiedzaliśmy” jest za mocnym słowem  My się delektowaliśmy małym fragmentem Zakopanego. Bo wiecie jak to jest w górach z wózkowiczami – bywasz tylko w tych miejscach, do których dasz radę dotrzeć. A że to góry, architektura wiadomo jaka, to niestety – szału nie było.

Ale jednak – my kobiety potrafimy zadbać o swój komfort psychiczny i zorganizowałyśmy sobie czas tak, by dzień był super  Tak więc w czwartek ruszyliśmy na Gubałówkę, gdzie spędziliśmy większość dnia, bo… Gubałówka jest dostosowana dla OzN! (kolejka, WC, brak schodów, etc).
[W tym miejscu ważna informacja dla tych, którzy w przyszłości wybiorą się w to miejsce… Przy kasie “sympatyczna” Pani będzie oczekiwała od Was pokazania pewnego papierka, wg którego jesteście niepełnosprawni w stopniu znacznym. I nie, nie chodzi tu o legitymację – to ewidentnie za mało – lecz o ORZECZENIE O NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI, ponieważ tylko tam jest podany symbol naszej choroby! Śmieszne? Może dla niektórych. My stałyśmy pod okienkiem kasy i nie wiedziałyśmy czy śmiać się czy płakać… I nie zapomnę miny Gosi oraz jej słów: “Pani tak na poważnie? Nie widać, że dziewczyna jest na wózku?” – no widocznie nie widać Gosiu  No cóż… Dokumentu takowego przy sobie nie miałam, więc bilecik kupić musiałam (zaczynam rymować, o lol :)]

urodziny na stoku

Po spacerze i zjedzeniu obiadu na Krupówkach wróciłyśmy do hotelu, by się przygotować (wiecie – sukienka, make-up, fryzura ), bo wieczorem czekała na mnie NIESPODZIANKA URODZINOWA od Gosi (nie powiem Wam, co dostałam w same urodziny od niej, bo będziecie zbulwersowani… Powiem tylko, że poczułam się, jakbym miała 18-stkę, a nie 33 :):):) ). Co to za surprise? Spektakl w Teatrze Witkiewicza! Aaaa!
Nie dość, że kocham teatr, to jeszcze ten teatr był zupełnie inny od tych, w których byłam dotychczas. Miejsce specyficzne, w którym pełno magii, tajemnicy… Widz, który nie siedzi w równych rzędach, jeden obok drugiego, o nieee… My siedzieliśmy “porozrzucani” po całej sali, bardzo blisko sceny. Niektórzy mogli wyciągnąć rękę, by dotknąć aktora! Podczas całego spektaklu głowa latała na prawo, lewo, przed siebie – tam, gdzie akurat rozgrywał się akt. A sama sztuka? Trzeba być nieźle popieprzonym, by stworzyć BEZIMIENNE DZIEŁO 🙂  Dramat, histeria, śmiech, łzy, szaleństwo, krew, seks i mnóstwo podtekstów – idealny kryminał stworzony przez wariata! A Duśka kocha wariatów 🙂
W tej sztuce grali zwykli ludzie, nieznani aktorzy, ale grali tak, jakby sztuka stworzona była dla nich! Każdy był istotny w tym dziele. Tam nie było Głównego Bohatera – każdy miał pierwszoplanową rolę. I tę rolę odegrał idealnie!

urodziny na stoku
Patrząc osobno na akty, widz mógł nie ogarnąć całości… Dopiero pod koniec wszystko zaczęło układać się w całość. A po zakończeniu… zapadła cisza, której przez pewien czas nikt nie chciał mącić.
DZIĘKUJĘ Gosiu, że dzięki Tobie mogłam przeżyć to wszystko… Odkryć w sobie uczucia, o których istnieniu nie miałam pojęcia… Zachwycić się, wzruszyć, pośmiać, przerazić.
Za to, że pierwszy raz mogłam poczuć, jak to jest być częścią spektaklu!

Reszta dni przebiegła szybko, pomiędzy Szaflarami, Białką, Zakopanem i innymi okolicznymi miasteczkami 🙂 Pogoda sprzyjała (Dominik załatwił – jak? nie pytajcie 🙂 – by w weekend nie było deszczu, jak to ogłaszali w TV), czuło się zimę połączoną z nadchodzącą wiosną, a gdy już bywało za zimno, to… wpadaliśmy do knajpy na coś dobrego, słodkiego, z obowiązkowym grzańcem! To nic, że w jednej z knajp próbowali mnie otruć (tak, dostałam pyszny makaron z mniej pysznym – bo zepsutym! – kurczakiem 🙁 Knajpę ZADYMA omijajcie szerokim łukiem!)…

A w sobotę w południe co było?

STOK i godzinne zjazdy!
Pogoda na dole była nieco pochmurna, mgła unosiła się nad ziemią, ale za to u góry… idealne widoki! 🙂
Czy ja już mówiłam, że kocham narty? Że uwielbiam czuć tę wolność, gdy śmigamy w dół? I że w tym roku miałam wrażenie, jakby Domiś chciał pobić swój rekord w zjazdach? Bo zapieprzaliśmy tak, że ledwo wiatr mógł nas dogonić! 🙂 A że zjeżdżałam za drugim razem za dnia i było znacznie więcej przeszkód na naszej trasie (w postaci wyjeżdżonego śniegu), to miałam wrażenie, że po drodze zgubię gdzieś swój mózg (tak, ja posiadam ten narząd… mimo że czasem nic na to nie wskazuje 🙂 )!

urodziny na stoku

Nie będę już się więcej rozpisywała, nie będę Was zanudzała. To, co chciałam napisać – napisałam.

Dodam jedynie, że gdyby nie KILKA OSÓB (moja mama, Gosia, Dominik i inni, którzy dołożyli się do prezentu), to nie byłoby tego wyjazdu, nie spędziłabym tak niesamowicie swoich urodzin, nie byłabym taka szczęśliwa

I nieważne, że ledwo zeszłam ze stoku, to praktycznie mnie rozłożyło i przeleżałam w łóżku ostatni wieczór (ach, te kochane nerki moje… wiecie kiedy zafundować mi atak kamienia 😛 ). Nieważne też, że ledwo wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu, to zepsuł nam się samochód (Berlingo wróciło na lawecie, a my innym samochodem). To i tak były NAJLEPSZE URODZINY, za które BARDZO DZIĘKUJĘ !

, , , ,